ale nie dam rady.
Młody położony do wyra na popołudniową drzemkę o 12 ślęczy do tej pory w wyrku i ni hu hu nie ma zamiaru spać.
Czy on nie posiada zegarka? Za godzinę musimy pakować tyłki do auta by odebrać młodzieży ze szkoły,a temu nie w głowie spanie.
Codziennie jest jakaś tam walka z tym spaniem,raz mu zajmie 5 minut zasypianie,raz pół godziny,ale nie 1,5h.
Chyba nic z tego nie będzie,albo zaśnie za chwilę i będę musiała chłopisko wybudzać,a zapewne pretensje będą do matki o to.
Nic to,on tam u góry urządza sobie imprezkę z misiami,a ja piję kawkę.
Tylko cukru brak,wyszedł i nie przyszedł.Wsypałam cukier puder...jakaś namiastka jest.
O słyszę jak zaciesza....psia kość,chyba się poddam...
zawsze tak jest jak mam jakieś plany.Dzisiaj był taki,że młody śpi 2h w dzień,jedziemy po chłopców,w domu obiadek,starek i takie tam.Czekamy na ojca i jedziemy na zakupy.
Ale nieeee,plany wzięły w łeb bo z racji nie spania najmłodszego pewnie będzie się już pokładał o 17:30 i diupa zbita.Nie pojadę ze zmęczonym wrzeszczunem na relaksacyjne zakupy.O nie.
Update: Młody usnął o 16:20....
chyba plan wypali,no bo jak się wyśpi do 18 to później będzie szalał...jeszcze tylko M muszę przekonać ,że to dobry pomysł...
O nas.O 3 chłopcach i jego rodzicach.O pasjach i codzienności życia z samymi chłopami w domu.
piątek, 26 października 2012
środa, 24 października 2012
Polska
W kwietniu postanowiliśmy pojechać do Polski samochodem.
Marka tato chorował już od dłuższego czasu na raka pęcherza moczowego i chcieliśmy spędzić z nim prawdopodobnie ostatnie święta Wielkanocne.
Wymyśliliśmy sobie,że pojedziemy autem....co to tam 3 dzieci i 30h w aucie.
W zasadzie porównaliśmy sobie lot samolotem z 3 dzieci i jazdę autem i właściwie na to samo wyszło.
Choć w sumie na plus dla auta,bo:
taniej nas wynosił prom+ eurotunel+ paliwo niż bilety na samolot.
ograniczeń bagażowych mieliśmy sporo mniej niż w samolocie.
auto,które mogliśmy użytkować w Polsce i nie musieliśmy się prosić po rodzinie o podwózkę gdziekolwiek.
Decyzja zapadła,jedziemy autem.
Jeremiasz miał niecałe 4 miesiące i jeszcze w większości dnia przesypiał go ze smakiem,a starszaki były już na tyle duże,że jakoś nie obawialiśmy się o drogę.
Mieliśmy wówczas VW Passat Estate,po prostu combi.I mieliśmy nadzieję,że spokojnie się spakujemy i będzie na tyle miejsc,że będzie wygodnie.
Wygodnie było...wszystkim tylko nie matce...
Spakowaliśmy się z małym trudem,bo wózek młodego był duży,bo trzeba było wziąć spacerówkę jak i gondolę.Bo zachciało mi się wziąć naszą kołdrę King Size...
Ale już pal sześć bagażnik.
Antek siedział na swoim siedzisku jako pasażer z przodu.Matt pomieścił się jeszcze w fotelik 0-18kg,rozkładany lekko do spania.To był dobry wybór.Wystarczył ruch ręki,fotelik się lekko rozsuwał i młodemu głowa nie leciała do przodu przy spaniu.
Jeremiasz miał fotelik 9-18kg i też wygodnie spał.Oni z tyłu po bokach,a w środku ja...katastrofa.
No ale czego się nie zrobi dla dzieci i wyjazdu.
Starszaki mieli dvd player-y,bajki,książeczki,kredki,no i przekąski.
Już 15 minut po wyjeździe Antek zaczął marudzić,ale po rozmowie,a raczej komunikacie,że jak będzie marudził to zawracamy do domu uspokoił się.
Chłopaki jedli,pili ,oglądali bajki,a w międzyczasie spali.Full serwis w jednym miejscu.
A ja poprawiałam podusie,podawałam jedzonko,picie,chrupki,srupki i normalnie jak kelnerka,barmanka,niańka..
Najmłodszy w rodzinie na szczęście spał i jadł...do czasu...
Do czasu aż o godzinie 22 trzeba było wysiąść z auta i wejść na pokład promu.
Obudzony,zły i niezadowolony zrobił akcję pt."poryczę sobie godzinkę,tak dla rozrywki"
Na szczęście kiedy znowu poczuł fotelik po 4h pływania po morzu zasnął znowu.
Jeszcze tylko przejechać całą Anglię,jeszcze tylko Eurotunel,jeszcze tylko 11 godzin jazdy autem...ło ludu!
Anglię przejechaliśmy spokojnie,o godzinie 6 rano nas zmorzyło,tak więc zatrzymaliśmy się na parkingu pod supermarketem i po prostu przycięliśmy drzemkę.Taką godzinną,włączony silnik,ciepełko,podusia.
A później znowu w drogę by dotrzeć do tunelu.
Tunelem zrobiliśmy ziummmm i już byliśmy we Francji.
No a tam droga do Polski tak nudna,że aż nie warto opowiadać.
2 tygodnie w Polsce.
Zapomniałam wspomnieć o ważnej rzeczy.
W dzień wyjazdu zauważyłam u Mattiego dziwne krostki.Takie gdzieniegdzie (tak to się pisze?) podejrzewałam ospę u niego i zastanawiałam się czy jechać.
Ale nie gorączkował,czuł się bardzo dobrze,nakłady finansowe poczynione na wyjazd,auto spakowane,rodzina czekająca w Polsce...zdecydowaliśmy,że jedziemy.
Okazało się,że to faktycznie była ospa.Ale lekko ją bardzo przechodził,zaledwie kilkanaście kropek,brak gorączki.
Dzięki temu w drodze powrotnej wracaliśmy z wysypanym Jeremiaszem!
Nic dziwnego,w końcu spakowani wszyscy w jedno pudełko czyli autem Matt dzielne rozsiewał ospę,nie dało się uchronić jedynego,który na ospę nie chorował.
Ale i on na szczęście lajtowo przeszedł ospę.
Dużo lepiej niż Kawasaki...ale o tym następnym razem.
Cieszę się,że zdecydowaliśmy się na ten wyjazd.
Chłopców dziadek zmarł 10 dni po naszym powrocie do Irlandii.
Czekał na nas,obiecał nam,że poczeka na nas,na swojego najmłodszego wnuka,bardzo chciał go zobaczyć.
I zobaczył nas wszystkich przed śmiercią.
Kilka zdjęć z wyjazdu:
Nasze zapakowane autko
Oczekiwanie na wjazd na prom.
Marka tato chorował już od dłuższego czasu na raka pęcherza moczowego i chcieliśmy spędzić z nim prawdopodobnie ostatnie święta Wielkanocne.
Wymyśliliśmy sobie,że pojedziemy autem....co to tam 3 dzieci i 30h w aucie.
W zasadzie porównaliśmy sobie lot samolotem z 3 dzieci i jazdę autem i właściwie na to samo wyszło.
Choć w sumie na plus dla auta,bo:
taniej nas wynosił prom+ eurotunel+ paliwo niż bilety na samolot.
ograniczeń bagażowych mieliśmy sporo mniej niż w samolocie.
auto,które mogliśmy użytkować w Polsce i nie musieliśmy się prosić po rodzinie o podwózkę gdziekolwiek.
Decyzja zapadła,jedziemy autem.
Jeremiasz miał niecałe 4 miesiące i jeszcze w większości dnia przesypiał go ze smakiem,a starszaki były już na tyle duże,że jakoś nie obawialiśmy się o drogę.
Mieliśmy wówczas VW Passat Estate,po prostu combi.I mieliśmy nadzieję,że spokojnie się spakujemy i będzie na tyle miejsc,że będzie wygodnie.
Wygodnie było...wszystkim tylko nie matce...
Spakowaliśmy się z małym trudem,bo wózek młodego był duży,bo trzeba było wziąć spacerówkę jak i gondolę.Bo zachciało mi się wziąć naszą kołdrę King Size...
Ale już pal sześć bagażnik.
Antek siedział na swoim siedzisku jako pasażer z przodu.Matt pomieścił się jeszcze w fotelik 0-18kg,rozkładany lekko do spania.To był dobry wybór.Wystarczył ruch ręki,fotelik się lekko rozsuwał i młodemu głowa nie leciała do przodu przy spaniu.
Jeremiasz miał fotelik 9-18kg i też wygodnie spał.Oni z tyłu po bokach,a w środku ja...katastrofa.
No ale czego się nie zrobi dla dzieci i wyjazdu.
Starszaki mieli dvd player-y,bajki,książeczki,kredki,no i przekąski.
Już 15 minut po wyjeździe Antek zaczął marudzić,ale po rozmowie,a raczej komunikacie,że jak będzie marudził to zawracamy do domu uspokoił się.
Chłopaki jedli,pili ,oglądali bajki,a w międzyczasie spali.Full serwis w jednym miejscu.
A ja poprawiałam podusie,podawałam jedzonko,picie,chrupki,srupki i normalnie jak kelnerka,barmanka,niańka..
Najmłodszy w rodzinie na szczęście spał i jadł...do czasu...
Do czasu aż o godzinie 22 trzeba było wysiąść z auta i wejść na pokład promu.
Obudzony,zły i niezadowolony zrobił akcję pt."poryczę sobie godzinkę,tak dla rozrywki"
Na szczęście kiedy znowu poczuł fotelik po 4h pływania po morzu zasnął znowu.
Jeszcze tylko przejechać całą Anglię,jeszcze tylko Eurotunel,jeszcze tylko 11 godzin jazdy autem...ło ludu!
Anglię przejechaliśmy spokojnie,o godzinie 6 rano nas zmorzyło,tak więc zatrzymaliśmy się na parkingu pod supermarketem i po prostu przycięliśmy drzemkę.Taką godzinną,włączony silnik,ciepełko,podusia.
A później znowu w drogę by dotrzeć do tunelu.
Tunelem zrobiliśmy ziummmm i już byliśmy we Francji.
No a tam droga do Polski tak nudna,że aż nie warto opowiadać.
2 tygodnie w Polsce.
Zapomniałam wspomnieć o ważnej rzeczy.
W dzień wyjazdu zauważyłam u Mattiego dziwne krostki.Takie gdzieniegdzie (tak to się pisze?) podejrzewałam ospę u niego i zastanawiałam się czy jechać.
Ale nie gorączkował,czuł się bardzo dobrze,nakłady finansowe poczynione na wyjazd,auto spakowane,rodzina czekająca w Polsce...zdecydowaliśmy,że jedziemy.
Okazało się,że to faktycznie była ospa.Ale lekko ją bardzo przechodził,zaledwie kilkanaście kropek,brak gorączki.
Dzięki temu w drodze powrotnej wracaliśmy z wysypanym Jeremiaszem!
Nic dziwnego,w końcu spakowani wszyscy w jedno pudełko czyli autem Matt dzielne rozsiewał ospę,nie dało się uchronić jedynego,który na ospę nie chorował.
Ale i on na szczęście lajtowo przeszedł ospę.
Dużo lepiej niż Kawasaki...ale o tym następnym razem.
Cieszę się,że zdecydowaliśmy się na ten wyjazd.
Chłopców dziadek zmarł 10 dni po naszym powrocie do Irlandii.
Czekał na nas,obiecał nam,że poczeka na nas,na swojego najmłodszego wnuka,bardzo chciał go zobaczyć.
I zobaczył nas wszystkich przed śmiercią.
Kilka zdjęć z wyjazdu:
Nasze zapakowane autko
Oczekiwanie na wjazd na prom.
Antek ogląda bajkę na dvd
Matt rysuje
Jeremiaszek
Dzielna ja.
A ziemniaczki pyrkają na gazie,Jeremy śpi to i w sumie wielkim skrótem napiszę co się działo przez ten czas u nas.
Po porodzie,kiedy wyszłam do domu rozchorował się tatuś.I to tak konkretnie,że ścięło go z nóg na 10 dni.
Spał,spał,spał.
W dzień kiedy wyszłam ze szpitala (26grudnia) już wstawiałam pranie,gotowałam obiad,sprzątałam,zajmowałam się trójką dzieci w dzień jak i w nocy co 2h wstawałam do noworodka.
Gdzie kobiety pokładają swoje siły? Te 10 dni były najgorszymi dniami w moi życiu.Obolała,zszyta,z cyckami napełnionymi mlekiem dałam z siebie wszystko.Działałam jak robot.
Do tej pory pamiętam jaka byłam wściekła,zmęczona i zrezygnowana....a jednak ciągnęłam ten wózek.
M. pomagał mi niewiele,choć starał się to po prostu nie miał sił.
Nie zmienia to jednak tego,że wtedy pałałam do niego morderczymi uczuciami,za to,że zachorował,za to,że to ja muszę latać koło niego i dzieci zamiast na odwrót.
Wiedział,że jestem wściekła,nie ukrywałam tego,ale byłam wściekła w sumie nie na niego,a na sytuację,na chorobę i być może użalałam się trochę nad sobą.W końcu to miał być mój czas na odpoczynek,w końcu to ja odwaliłam najcięższą robotę jaką jest poród.
Nie wiem jak przetrwałam te dni,ale jak już wyzdrowiał,jak się walnęłam spać....!
Dzidziuś (bo tak go nazywali chłopcy przez długi czas) rozwijał się dobrze i ładnie.
W 3 miesiącu życia załapał katar i kaszel,który rozgoniliśmy inhalatorem z solą fizjologiczną.
Po porodzie,kiedy wyszłam do domu rozchorował się tatuś.I to tak konkretnie,że ścięło go z nóg na 10 dni.
Spał,spał,spał.
W dzień kiedy wyszłam ze szpitala (26grudnia) już wstawiałam pranie,gotowałam obiad,sprzątałam,zajmowałam się trójką dzieci w dzień jak i w nocy co 2h wstawałam do noworodka.
Gdzie kobiety pokładają swoje siły? Te 10 dni były najgorszymi dniami w moi życiu.Obolała,zszyta,z cyckami napełnionymi mlekiem dałam z siebie wszystko.Działałam jak robot.
Do tej pory pamiętam jaka byłam wściekła,zmęczona i zrezygnowana....a jednak ciągnęłam ten wózek.
M. pomagał mi niewiele,choć starał się to po prostu nie miał sił.
Nie zmienia to jednak tego,że wtedy pałałam do niego morderczymi uczuciami,za to,że zachorował,za to,że to ja muszę latać koło niego i dzieci zamiast na odwrót.
Wiedział,że jestem wściekła,nie ukrywałam tego,ale byłam wściekła w sumie nie na niego,a na sytuację,na chorobę i być może użalałam się trochę nad sobą.W końcu to miał być mój czas na odpoczynek,w końcu to ja odwaliłam najcięższą robotę jaką jest poród.
Nie wiem jak przetrwałam te dni,ale jak już wyzdrowiał,jak się walnęłam spać....!
Dzidziuś (bo tak go nazywali chłopcy przez długi czas) rozwijał się dobrze i ładnie.
W 3 miesiącu życia załapał katar i kaszel,który rozgoniliśmy inhalatorem z solą fizjologiczną.
Boże Narodzenie 2011
Nazwę bloga jakoś udało mi się zmienić,jeszcze tylko wygląd poprawię,tam podciągnę,tutaj przytnę i chyba będzie dobrze.Może jakiś niestandardowy szablon znajdę i zastosuję?
Chłopaki w szkole,najmłodszy bawi się na dywanie.
Pomimo tego,że jutro stuknie mu 10 miesięcy to jeszcze się nie przemieszcza zbytnio,ot turla się zamiast raczkować,choć pozycję do raczkowania przyjmuje to zupełnie nie wie co ma robić dalej.I tylko odgłosy by ratować z opresji jak gdzieś się wturla,zaturla.
Jeju tak dużo się u nas wydarzyło,a zarazem tak nie wszystko chciałabym ujawniać na blogu.Wiadomo,to tylko internet,a i ja z wiekiem mniej wylewna się robię.
Może zacznę od Bożonarodzeniowego cudaczka,który 25.12.2011 zawitał do naszej rodziny.
Tak to nasz 3 syn urodził się w ten dzień.
Pamiętam,że jak wyznaczono mi termin porodu to obiecałam starszym dzieciom,że przyniosę im braciszka na święta.
Ciąża była bezproblemowa,chociaż chyba najgorzej nią znosiłam niż dwie poprzednie.Ale co się dziwić? Miałam już dwójkę,która nie dawała taryfy ulgowej.Nie można było sobie cały dzień odpoczywać czy też wywalić syrki na stół.Trzeba było wozić Antka do szkoły,zajmować się Mateuszkiem.Później Matt poszedł od września do przedszkola,tak więc robić za taxi dla obu.W domu roboty po kokardkę,jak to w domu.
Końcówka ciąży myślałam,ze się nigdy nie zakończy,bęben ogromny,problemy ze spaniem uhhh...
No ale w Wigilię zaczęły się bóle,całe szczęście,że dopiero po odpakowaniu prezentów,bo nie wiem czy dzieci tak szybko by mi to wybaczyły?
Noc z bólami jakoś przetrwałam,a bolało jak jasna cholera.Od 4 nad ranem krążyłam po chacie zwijając się z bólu i gryząc kanapę.
Obudziłam M po 6,dziwiąc się,ze tak długo wytrzymałam.Po 7 byliśmy w szpitalu,zanim załatwiono papierkowe sprawy,zanim podłączono mnie do ktg było już przed 8,a o 9 urodził się Jeremiasz.
To tak w szybkim skrócie,bo co będę pisała,że anestezjolog nie zdążył z epiduralem i wpadł na salę 5 minut po wszystkim?
Ważne,że młody był już na świecie,a ja nie zepsułam starszakom Wigilii,no i tak jak obiecałam im,w święta doczekali się braciaka.
Chłopaki w szkole,najmłodszy bawi się na dywanie.
Pomimo tego,że jutro stuknie mu 10 miesięcy to jeszcze się nie przemieszcza zbytnio,ot turla się zamiast raczkować,choć pozycję do raczkowania przyjmuje to zupełnie nie wie co ma robić dalej.I tylko odgłosy by ratować z opresji jak gdzieś się wturla,zaturla.
Jeju tak dużo się u nas wydarzyło,a zarazem tak nie wszystko chciałabym ujawniać na blogu.Wiadomo,to tylko internet,a i ja z wiekiem mniej wylewna się robię.
Może zacznę od Bożonarodzeniowego cudaczka,który 25.12.2011 zawitał do naszej rodziny.
Tak to nasz 3 syn urodził się w ten dzień.
Pamiętam,że jak wyznaczono mi termin porodu to obiecałam starszym dzieciom,że przyniosę im braciszka na święta.
Ciąża była bezproblemowa,chociaż chyba najgorzej nią znosiłam niż dwie poprzednie.Ale co się dziwić? Miałam już dwójkę,która nie dawała taryfy ulgowej.Nie można było sobie cały dzień odpoczywać czy też wywalić syrki na stół.Trzeba było wozić Antka do szkoły,zajmować się Mateuszkiem.Później Matt poszedł od września do przedszkola,tak więc robić za taxi dla obu.W domu roboty po kokardkę,jak to w domu.
Końcówka ciąży myślałam,ze się nigdy nie zakończy,bęben ogromny,problemy ze spaniem uhhh...
No ale w Wigilię zaczęły się bóle,całe szczęście,że dopiero po odpakowaniu prezentów,bo nie wiem czy dzieci tak szybko by mi to wybaczyły?
Noc z bólami jakoś przetrwałam,a bolało jak jasna cholera.Od 4 nad ranem krążyłam po chacie zwijając się z bólu i gryząc kanapę.
Obudziłam M po 6,dziwiąc się,ze tak długo wytrzymałam.Po 7 byliśmy w szpitalu,zanim załatwiono papierkowe sprawy,zanim podłączono mnie do ktg było już przed 8,a o 9 urodził się Jeremiasz.
To tak w szybkim skrócie,bo co będę pisała,że anestezjolog nie zdążył z epiduralem i wpadł na salę 5 minut po wszystkim?
Ważne,że młody był już na świecie,a ja nie zepsułam starszakom Wigilii,no i tak jak obiecałam im,w święta doczekali się braciaka.
wtorek, 23 października 2012
Odkurzamy!
Się zakurzyło tutaj kompletnie.Tam warstwa białego kurzu,który aż kręci w nosie.
Matulo jedyna.Ostatni post o teście ciążowym był.
A przecież mój mały klusek siedzi na dywanie i śpiewa opery mydlane.Ma już prawie 10 miesięcy,no bez 2 dni.
Ale wiele w naszym życiu się wydarzyło i teraz będzie o czym pisać.
Mykam,do obowiązków.Trzeba obiad zrobić i po starszaków do szkoły zmykać.
Zastanawiam się czy mogę zmienić nazwę bloga? Bo już nie tylko Matt and Tony,ale i Jeremi z nami jest.
Matulo jedyna.Ostatni post o teście ciążowym był.
A przecież mój mały klusek siedzi na dywanie i śpiewa opery mydlane.Ma już prawie 10 miesięcy,no bez 2 dni.
Ale wiele w naszym życiu się wydarzyło i teraz będzie o czym pisać.
Mykam,do obowiązków.Trzeba obiad zrobić i po starszaków do szkoły zmykać.
Zastanawiam się czy mogę zmienić nazwę bloga? Bo już nie tylko Matt and Tony,ale i Jeremi z nami jest.
środa, 27 kwietnia 2011
coś nowego.
Święta,święta i po świętach.
U nas rodzinnie,ciepło i wesoło.
A i zajączek był hojny na ten czas.
Przyniósł nam wspaniały prezent.
Oczekiwaliśmy tego dnia od kilku miesięcy,w zasadzie trochę się wahając czy podołamy...
Ale teraz wszystkie wątpliwości znikły,kto jak to,ale my nie damy rady?
U nas rodzinnie,ciepło i wesoło.
A i zajączek był hojny na ten czas.
Przyniósł nam wspaniały prezent.
Oczekiwaliśmy tego dnia od kilku miesięcy,w zasadzie trochę się wahając czy podołamy...
Ale teraz wszystkie wątpliwości znikły,kto jak to,ale my nie damy rady?
środa, 20 kwietnia 2011
Letnie??
Jeszcze nie dawno pisałam posta o wiośnie,a od kilku dni chyba lato się skrada.
Chłopcy szaleją całe dnie na ogrodzie i placu zabaw.A dziś to już na całego zabawy od rana do wieczora.
Używają trampoliny,grają w kosza i szaleją na ślizgawkach.Wszystko oczywiście w krótkich rękawkach z opalonymi buźkami.I co chwilę podlatują do kuchni po ciasteczko i szklaneczkę mleka by energii nie utracic.
Ahhh cudnie jest.
Antek od piątku (15.03) ma przerwę świąteczną aż do 3 maja,tak więc luz blues...fajnie by było gdyby jeszcze wykorzystywał tą przerwę na spanie np.a nie,właśnie wtedy jest pobudka o 7,no i na ogrodzie już są o 10....kiedyś mnie nie obudzili i w piżamach wyskoczyli grac w kosza,no Matt miał na sobie tylko górną częśc piżamki...dolną zdjął i miał zamiar ubrac majteczki i spodnie...ale zapomniał...tak więc z śiuśkiem latał po ogrodzie przeszczęśliwy,mam nadzieję,że sąsiedzi jeszcze spali...
Chłopcy szaleją całe dnie na ogrodzie i placu zabaw.A dziś to już na całego zabawy od rana do wieczora.
Używają trampoliny,grają w kosza i szaleją na ślizgawkach.Wszystko oczywiście w krótkich rękawkach z opalonymi buźkami.I co chwilę podlatują do kuchni po ciasteczko i szklaneczkę mleka by energii nie utracic.
Ahhh cudnie jest.
Antek od piątku (15.03) ma przerwę świąteczną aż do 3 maja,tak więc luz blues...fajnie by było gdyby jeszcze wykorzystywał tą przerwę na spanie np.a nie,właśnie wtedy jest pobudka o 7,no i na ogrodzie już są o 10....kiedyś mnie nie obudzili i w piżamach wyskoczyli grac w kosza,no Matt miał na sobie tylko górną częśc piżamki...dolną zdjął i miał zamiar ubrac majteczki i spodnie...ale zapomniał...tak więc z śiuśkiem latał po ogrodzie przeszczęśliwy,mam nadzieję,że sąsiedzi jeszcze spali...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




